
W sumie plany na niedzielny poranek i przedpołudnie były całkiem inne. Miałem spotkać się z Kolegą na porannej kawie jadąc do kolejnego wiatraka. Pobudka o 06:00 i konsternacja - pada, a wręcz leje. Całe niebo zasnute po horyzont. Odczekałem z nadzieją, że się pogoda "przetrze". Niestety, bez szans na dochowanie umówionej godziny wizyty, musiałem ją z przykrością odwołać.
Około 10:00 zaczęła budzić się we mnie nadzieja, ze jednak uda się dzisiaj trochę pojeździć. Może nie całkiem tam gdzie chciałem, ale nie ma co marudzić - jest okazja, trzeba korzystać. Pomimo, że słoneczko całkiem przyjemnie się starało, to jednak miałem w głowie komunikat meteo, że po południu na 100% solidnie popada. Nie oddalałem się zanadto od domu i zerkałem czujnie na chmurzyska, które jak na złość niczego groźnego nie przepowiadały.

Ruch na głównych drogach ogromny, wiec tzw. opłotkami pojechałam w okolice Dąbrówki, Salina i Choczewa - takie 130 km po asfaltowych (i nie tylko) drogach. Cały czas wybierałem zacienione drzewami odcinki, bo żar narastał dosłownie z godziny na godzinę. Żałowałem tylko, że nie miałem ze sobą ręcznika bo była fantastyczna okazja, żeby sobie popływać - okazuje się, że są jednak miejsca gdzie praktycznie człowieka nie spotkasz.
Mimo wszystko trochę jednak szczęścia miałem - dosłownie na godzinę przed ulewą zdążyłem wrócić do domu. Sprzęt i tak jest jednak do mycia, bo po porannym deszczu na bocznych i leśnych drogach błotka trochę zaliczyłem.