
Jadę. Pogoda wyraźnie straszy deszczem, a ja nie za bardzo jestem przygotowany na jej kaprysy. Nie wiem jak to się stało, ale wsiadłem na siodełko ubrany zdecydowanie na lepszą pogodę. Już za Wejherowem stwierdziłem, że mój kombinezon i integral zdecydowanie byłby bardziej odpowiednim wdziankiem niż stylówka w jaką się ubrałem. Zimno, zdecydowanie zimno i do tego z realnym gratisem w postaci deszczu. Patrzę w niebo i liczę na odrobinę szczęścia.
Biały Bór. Olek już czeka. Ja idę po ciepłą kawę i ... zimnego hot-doga. Zimnego bo maszynka na stacji padła, więc bułka ciepła, parówa zimna, ale Pani która mnie obsługiwała łagodzi pierwszy kryzys poranka. Hania zatankowana, gawędzimy z Olkiem i po chwili podjeżdża Michał. I On także realizuje stacyjny scenariusz - paliwo, kawa, buła.
Ruszamy. Przed nami około 50 km trasy do Bornego Sulinowa. Przed Szczecinkiem krótki odcinek w deszczu. Ledwo zmoczyło jezdnię, ale krople wody przy tej prędkości kłują jak igiełki lodu. Po chwili przejaśnia się i bez problemów docieramy do celu. Michał był już tutaj klika lat temu więc robi za przewodnika. Parkujemy sprzęty i idziemy "w miasto".
Obojętnie co nie chciałby zrobić miejski architekt i tak nie unikniemy wrażenia, że jesteśmy w koszarach. Trudno się jednak dziwić w sumie taki był przez kilkadziesiąt lat charakter tego miejsca. Idziemy do jednego z punktów naszej wycieczki - willi gen. Guderiana. Kompletna ruina. Nawet trudno nawet rozpoznać obiekt pomimo zdjęć na tablicy informacyjnej. Swego czasu miejscówka miała klasę....
Ktoś próbował zabezpieczyć obiekt, budując prowizoryczne zadaszenie, ale i ono nie wytrzymało próby czasu, bo zdecydowanie trąciło prowizorką. Teraz obiekt jest na sprzedaż i chyba tylko desperat, albo bardzo zamożny inwestor z pomysłem na biznes podejmie próbę rekonstrukcji budynku. Całe miasteczko jest naprawdę zadbane i sadząc po nowopowstających i odbudowywanych obiektach obrało kierunek turystyczno-wypoczynkowy i chyba jest to jedyne rozsądne rozwiązanie - wokół piękne lasy, jeziora. Trzymam kciuki za powodzenie. Kręcimy się jeszcze przez około godzinę po mieście.
Mamy mało czasu, bo droga powrotna to przecież około 4 godzin jazdy. Wracamy. Krótka przerwa w Białym Borze
i Michał jedzie w kierunku na Człuchów, a ja z Olkiem do Bytowa. Tam i my się rozdzielamy - Olek pomyka "na Kościerzynę", a ja do Lęborka. Kończąc - jeżeli jesteście motocyklistami, którzy po dłuższej trasie wracacie do domu, a na dodatek dosiadacie cruisera, to omijajcie trasę Bytów - Lębork ... kręgosłup z jednej strony wbija w podstawę czaszki, a jego drugi koniec, czyli kość ogonowa przebija skórę dolnej części pleców. Koszmarna nawierzchnia. Ale nawet takie niedogodności nie zepsują wspomnienia wspólnego wypadu w ciekawe miejsce w sympatycznym towarzystwie. Koledzy, do zobaczenia na następnej wycieczce.