Po raz kolejny planowanie wzięło w łeb. Miałem pojechać solo na motocyklu do Krakowa, ale dosłownie kilka godzin przed startem pojawiła się informacja, która odwołała wyjazd. Sprzęt przygotowany, wałek spakowany, tylko wsiadać i jechać ... no cóż w końcu mamy urlop, więc taka zmiana planów to nie problem. SMS do Kolegi - jest ok, więc hop na siodełko i kierunek Bukowiec na Jezioraku.
Nie żeby tak od razu prostą drogą. O co to, to nie - trochę trzeba pokluczyć zanim dotrę na miejsce. Plan dojazdu na dzisiaj obejmuje Kwidzyn, Prabuty i Susz. Do Kwidzyna, też dojeżdżam nieco "od tyłu" bo jadę przez Konarzewo. Byłem tam już w tym roku, ale chciałem na chwilę zatrzymać się na brzegu Wisły - ot tak, po prostu. Zobaczyć jak płynie .... Płynęła i piękna była ...
Okazało się, że z Konarzewa prowadzi droga dosłownie wprost pod zamek. Robi wrażenie (oczywiście zamek, a nie droga 😀). Nawet boję się myśleć, jak mogli się czuć ci którzy mieli za zadanie zdobywać te mury kilka wieków temu ...
Nie zatrzymuję się na dłużej, bo staram się wpasować w umówiony termin spotkania z Krzysztofem. Trochę kręcę się po mieście, bo telefon z Wujkiem Google jest głęboko schowany w plecaku. Na rondzie jest kierunkowskaz Iława, więc chyba dobrze zorientowałem się w terenie. Kilkanaście kilometrów jazdy i już jestem w Prabutach. Przejazd granitową kostką brukową jaką pokryta jest droga w tym mieście potwierdziła, że mam dobrze dokręcone wszystkie śruby w motocyklu, a plomby w moim uzębieniu nie wymagają wizyty u dentysty. Troszkę się jednak przez tę "trzęsawkę" zagapiłem i straciłem kierunek, więc podpytuję dwóch tubylców siedzących na ławeczce przed sklepem - już po kilku sekundach rozmowy wiem, że był to zły wybór. Dobrze, że nie podjechałem bliżej, bo żar wydechów mógłby spowodować zapłon aury unoszącej się wokół tych dwóch dżentelmenów. Rozumiem, że spragnieni byli, ale żeby tak od samego rana ....
Bez problemów dojeżdżam do Susza, a stamtąd kieruję się na Jerzwałd. Droga to dosłownie "łata na łacie" - jazda gorsza niż na tej kostce w Prabutach. Staję na chwilę po domem gdzie mieszkał Zbigniew Nienacki - nie przypuszczałem, że kiedykolwiek będę w miejscu gdzie tworzył autor książek moich lat cielęcych.
Fajny widok rozciągał się z okien tego domu - niewątpliwie wspierał wenę. Był czas, kiedy zaczytywałem się książkami Nienackiego. Pamiętacie "Pana Samochodzika" ... ?
Trochę w trasie już jestem, więc głód daje o sobie znać. Tradycją studencką - kefir i buła. Wspaniałe połączenie. A że śniadać przyszło mi w miejscowości Śliwa, więc ... kefir w Śliwie. Żeby uspokoić i zdementować już na wstępie wszelkie potencjalne podejrzenia - sensacji gastrycznych po drodze nie było.
Ze Śliwy to już kilka kilometrów i dojeżdżam do Bukowca. Tak się składa, że jestem już gościem Krzysztofa i Jego Rodziców po raz trzeci i można powiedzieć, że stało się to moją swego rodzaju tradycją - raz w roku pojechać na Bukowiec. Przyjemna trasa, sympatyczni i uśmiechnięci Gospodarze, wspomnienie obozów na Jezioraku. Kawa, kilkanaście minut rozmowy i czas wracać, bo upał coraz większy i chmury wypiętrzają się zwiastując burzę. Jadę w kierunku domu. Nie odkręcam manetki. W planie mam powrót trasą starej 7-ki. Nie pcham się na S7 gdzie wszyscy pędzą na złamanie karku. Dojeżdżam opłotkami praktycznie do samego Gdańska. Na pewno trwało to zdecydowanie dłużej, ale dzięki temu mogłem zatrzymać się i poczuć zapach rozgrzanego pola ...