Pełnia sezonu. Trwa słoneczny ciepły weekend. Fajnie jest mieszkać "prawie" nad samym morzem, ale w takim okresie jak ten, wszystkimi drogami w okolicy ciągną karawany aut zmierzających do dowolnego miejsca ze złotym plażowym piaskiem. Celowo użyłem słowa karawana, bo praktycznie wszyscy poruszają się w takim tempie jak wielbłądy po 12 godzinnym wyczerpującym marszu - noga za nogą.
Co jakiś czas zastanawiam się, gdzie te wszystkie samochody parkują. To jest statystycznie niemożliwe, żeby zmieściły się na dostępnych parkingach. Tak więc słoneczne wakacyjne weekendy są z góry skazane na odstawienie motocykla - nie masz szans aby spokojnie pokręcić winkle o ile oczywiście uda się najpierw wyrwać gdzieś dalej od głównych dróg. Załóżmy jednak, że udało się i przebiłeś się na Kaszuby i ... też korek. Jedyna możliwość, to niedzielny poranek. Dosłownie - poranek. 06:00 rano na siodełko i w drogę. Jest pięknie. Nieco studzi tę radość z jazdy temperatura. O ile na na otwartej drodze troszkę czuć słoneczne ciepełko, o tyle jazda przez las objawiała się parowaniem szyby w kasku - po prostu jest zimno. Najważniejsze jednak, że można spokojnie nakręcać kilometry na koło w tych pięknych okolicznościach przyrody. Poranne 100 kilometrów zrobiłem w 2,5 godziny. Tak więc średnia prędkość dobrze poniżej 50 km/h. Absolutnie się temu nie dziwię - nawet nie wbiłem 5 biegu. Liczyła się tylko przyjemność ze spokojnej, swobodnej jazdy.
PS
Tak przy okazji wpadłem do Pucka. Akurat zdążyłem na zaprawę poranną uczestników kursu w HOM-ie. Ech, łezka się w oku zakręciła. Przecież dosłownie jeszcze "wczoraj" to ja tak biegałem dokładnie po tej samej trasie. Praktycznie wszystko wokół się zmieniło (na lepsze), ale sama trasa i schody wciąż te same 😢. Mając na uwadze moją wczorajszą wieczorną przebieżkę i uzyskany czas to chyba jeszcze nadążyłbym i nie trzeba by było wzywać lekarza to pana w średnim wieku na szczycie tych wyżej wspomnianych schodów ... 😀