środa, 5 sierpnia 2020

Pętla z Borami Tucholskimi w tle

Dawno nie byłem w Borach Tucholskich. Myślę, że bez obawy mogę posłużyć się tytułem powieści Aleksandra Dumas - Dwadzieścia lat później. Pamiętam, że do Błędna nad Wdą tłukłem się kiedyś samochodem dosłownie klika godzin. Dzisiaj hop na siodełko, lekko odwinięta manetka i jestem na miejscu w 1,5 godziny. Autostrada "podwozi" prawie na skraj Borów - zjazd na Pelplin i już praktycznie można cieszyć się klimatem tego kompleksu leśnego.

Zapowiadał się ciepły dzień więc na głowie otwarty kask, a na grzbiecie bawełniana koszula motocyklowa  - cudowny wynalazek właśnie na takie dni. Dla niewtajemniczonych: gruba flanela bawełniana + podpinka kewlarowa + atestowane ochraniacze = letnia namiastka kurtki motocyklowej na krótkie wypady w teren lub do miasta. Jako, że  planuję kilkadziesiąt kilometrów przelotu autostradą sięgam przed startem po zatyczki do uszu - raz zastosowałem i już nie nie wyobrażam sobie jazdy bez tego wynalazku. Rewelacja - jak oni to zrobili, że wycinane są tylko określone częstotliwości (szum pędu powietrza), a pozostałe dźwięki są jedynie lekko tłumione.
Zaraz za Skórczem jadę już tylko przez las. Dobrze, że nie wziąłem Shadow'ki, bo jakość nawierzchni niewiele zmieniła się na tych bocznych drogach od czasu gdy byłem tutaj ostatni raz. Zawieszenie W800 daje sobie świetnie radę, a  opony z lekką kostką robią dobrą robotę. Dojeżdżam do Błędna. Byłem tutaj kilka razy w ramach Zielonej Szkoły. Gaszę silnik i ta wszechogarniająca cisza .... tylko lekki plusk płynącej Wdy. Warto było pokonać tę trasę i usiąść na brzegu. Tutaj także widać "rękę Unii" - w zakolu rzeki, gdzie tradycyjnie jest miejsce biwakowe dla kajakarzy powstała wiata, ławeczki, miejsce na ognisko i to co chyba najbardziej cieszy, a takie proste jest czyli - śmietnik. Wszystko zadbane i ogarnięte.


Trochę odwlekam wyjazd, bo żal opuszczać to magiczne miejsce. Pomimo tego, że mam urlop czas jak zwykle dyktuje konieczność realizacji dalszej części wycieczki jaką zaplanowałem na ten dzień. Jadę do śluzy Mylof, a przy okazji chcę zobaczyć jak wygląda obszar leśny w okolicach Rytla, po nawałnicy z 2017 roku. Zdawałem sobie sprawę, że zniszczenia drzewostanu były ogromne, ale widok przeszedł moje wszelkie wyobrażania o skali tragedii.

Zdjęcia nie oddają nawet w części pogromu jaki dotknął ten obszar. Dosłownie jak po wybuchu jakiejś ogromnej bomby, albo dniówce szalonej brygady drwali - gdzie są drzewa? Zaledwie kilkaset merów dalej rośnie dorodny, wysoki las .... Podziwiam leśników, którzy ogarnęli i zagospodarowali to pobojowisko. Ogromny szacunek dla włożonego trudu. Jadąc dalej obserwuję, że prace porządkowe pomimo upływu 3 lat jeszcze trwają - nie dziwię się. Iście tytaniczny wysiłek.
Kilka minut jazdy przez "księżycowy krajobraz" i dojeżdżam do śluzy na jeziorze Mylof. Ciekawa konstrukcja hydrotechniczna wybudowana na potrzeby hodowli pstrągów. W pobliżu restauracja, której główną specjalnością są wariacje na temat pstrąga oczywiście. Niestety wiem to tylko z opisu, bo byłem tam około 12:00 więc na obiad zdecydowanie za wcześnie.


Mały spacer po najbliższej okolicy i jadę dalej. Przede mną główny cel wycieczki czyli dąb Bartuś. Z przyjemnością kręcę winkle na trasie, bo ruch niewielki, a nawierzchnia nie najgorsza i zaprasza do łagodnego składania się w łukach. 
Jestem w Małych Swornychgaciach i .... gdzie jest ten dąb. Wiem tylko tyle, że na wschód od tej miejscowości. Podpytuję wczasowiczów. Coś słyszeli, coś wiedzą, ale jedyną rozsądną wskazówką jaką usłyszałem to, że należy "podpytać o szczegóły sklepową" na końcu wsi. Ok, koniec wsi jest, sklep i Sklepowa na miejscu. Mam szczęście, nie ma klientów, a moje wejście w maseczce nie wzbudziło lęku co do potencjalnego celu wizyty. Chwila rozmowy i wszystko wiem. Bułka, maślanka, zgoda na zaparkowanie motocykla i ruszam na piechotę. Naprawdę zero oznakowania, ale ścieżka wydeptana, a udzielone wskazówki szczegółowe. Okazuje się, że na miejscu jest całkiem sporo turystów. Kawał 600-letniego drzewa wysokiego na 25 m o obwodzie 670 cm i z wielką wyrywą (dziuplą ?) w pniu.


Jest miejsce i czas na posiłek, który dzisiaj jest moim obiadem - bułka + maślanka. Tym bardziej pyszne, że nikt mnie nie uprzedził, że cała piesza wycieczka to około 5 km. Butki motocyklowe zdecydowanie nie sprzyjają spacerowaniu. Docieram z powrotem do parkingu przed sklepem i okazuje się, że "mam branie na motocykl", ale bez obaw to tylko panowie w wieku 70+ .... sami "znafcy motocyklizmu". Raptem okazuje się, że wszyscy mieli "Junaki" ... jak młodzi byli .... A tutaj stoi taki motocykl-motocykl, a nie jakiś tam "ścigacz" czy "harley". Obawiam się - mając na uwadze zawarte już wcześniej przygodne "przyjaźnie" motocyklowe - że w całej historii to tylu "Junaków" nie wyprodukowano ilu miłośników chwaliło się, że nimi jeździło lub że je miało .... Mam nadzieję, że będąc w tym wieku, nie będę podpierał się takimi niespełnionymi fantazjami.
I raptem zrobiła się 14:30 ... a do domku daleko.Trzeba wracać najkrótszą drogą. Trochę więc zmieniam plany i skracam trasę powrotną. Korzystam już tylko z dróg głównych. Trochę szkoda, że muszę pędzić razem z puszkami - czasami tak trzeba. Po prostu zwykłe przemieszczanie się z punktu A do B.