Po pierwsze długi, 10 kilometrowy spacer z Dagą do wypatrzonego na mapach Wujka G ruin niemieckiego dalmierza z czasów II wojny. Wędrowanie przez budzący się do wiosennego rozkwitu las doprawdy bezcenne. No cóż, na miejscu cudów raczej się nie spodziewałem. I słusznie - przecież to już blisko 80 lat, to i nawet żelbeton, choćby pozostawiony jedynie sam sobie, nosiłby ślady „zęba czasu”. A co tu dopiero mówić o obiekcie zbombardowanym i stojącym, a dokładnie wciśniętym w ziemię, gdzieś w środku lasu. Matka Natura sama z siebie pochłania i zabliźnia takie ślady.
Po drugie, przecież w czwartek przyprowadziłem z przechowalni swoje „metalowe dzieci” i stały takie samotne, łypiąc reflektorami w moją stronę za każdym razem gdy przechodziłem obok. Choć małe kółko … kółeczko … wyraźnie przecież słyszałem - no i jak tu odmówić 😇! Hop na siodełko - pamięć mięśniowa to jednak nieziemska umiejętność ludzkiego organizmu. Minęło przecież 6 miesięcy jak nie jeździłem, ale wystarczy tylko usiąść, położyć ręce na kierownicy i … wszystko jest jasne. Sezon nie tylko formalnie uważam za rozpoczęty.