poniedziałek, 22 lipca 2024

“Olejak”, kurhany i kamień ofiarny

Ciepło, ciepło, gorąco … a mi zachciało się na “olejaku” podróże krajoznawcze odbywać. Dla niewtajemniczonych “olejak” to żargonowe (nieco uproszczone) określenie  motocykla, który jest napędzany silnikiem chłodzonym bezpośrednio olejem bez dodatkowego, pośredniego czynnika chłodzącego w postaci np. wody i współdziałających urządzeń czyli chłodnicy i  wentylatora.
Takie chłodzenie “tylko” olejem zdecydowanie upraszcza całą konstrukcję i dzięki temu jest mniej elementów, które mogą się zepsuć w trakcie eksploatacji. Niestety coś za coś - konstrukcja takiego silnika musi uwzględniać, że przyjdzie mu pracować w bardzo szerokim zakresie temperatury własnej co przekłada się konieczność “luźnego” pasowania elementów i zdecydowanie mniejszą moc jaką można wycisnąć z tej samej pojemności niż z silników wspieranych chłodzeniem czynnika pośredniego. Ufff, taki długi wstęp proszę potraktować jako formę samousprawiedliwienia wobec faktu skorzystania z jazdy po “autostradzie dla motocykli” czyli poruszaniu się po podwójnej ciągłej i mijaniu człapiących w korku samochodów. Bardzo rzadko popełniam to wykroczenie drogowe, ale dzisiaj byłem bez wyjścia. No może nie do końca bez wyjścia, ale mogłem zrealizować tylko dwa scenariusze i oba raczej nie wchodziły w grę. Mogłem zjechać na pobocze i grzecznie poczekać, aż korek “rozładuje się” albo wyłączyć silnik i okrakiem realizować funkcję napędu hybrydowego. Sami rozumiecie - oba scenariusze nadawały się na film 3 kategorii, a stojąc w korku po prostu ugotowałbym silnik, że o sobie samym nie wspomnę. Ożebrowanie silnika ”olejaka” musi być - w takie temperaturze jak dzisiaj - cały czas owiewane pędem powietrza ….  

Jesteśmy o czasie i od razu ruszamy w drogę. Jedziemy do Mirachowa - chciałem pokazać Andrzejowi potencjalny punkt startu do planowanej pieszej wędrówki po rezerwacie Kurze Grzędy. Pomimo weekendu i pięknej pogody parking i miejsce postoju praktycznie puste. Jakże przyjemnie było zdjąć motocyklowe kurtki i kaski i przysiąść w cieniu. Zaprowiantowanie było kawa i herbata również więc czas na pogawędce przyjemnie zmitrężyliśmy.

Minimalizując czas jazdy po otwartej przestrzeni, kręcimy winkielki na wąskiej leśnej (udostępnionej do ruchu :) ) asfaltowej drodze. Jedziemy do Kamienicy Szlacheckiej, po drodze zatrzymując się przy ciekawostce archeologicznej tej okolicy czyli kamieniu ofiarnym. Trzeba wierzyć naukowcom, ale robię to w tym przypadku nieco na siłę - otwór w kamieniu i wyryta bruzda mająca ponoć odprowadzać krew ofiary … No dobra jest atrakcja na trasie, wyobraźnia robi swoje … Tak to jest kamień ofiarny i tego się trzymajmy.


Kontynuujemy wątek neolityczno-histroryczny i jedziemy do Lewina zobaczyć kurhany. Byłem tu kilka lat temu - pomyliłem nieoznakowane drogi i robiłem kilkukliometrowy offroad  zanim odnalazłem to miejsce. Dzisiaj szok - wioska rozrosła się potężnie. Mnóstwo nowych domów, asfaltowe drogi, a oznakowanie poprowadziło nas jak po sznurku. No fajnie, ale jakoś tę pierwszą wizytę lepiej wspominam. Las wilgocią nabrzmiały, soczysta zieleń, rześkie powietrze pozwoliły na spokojne zapoznanie się z treścią tablic informacyjnych. I ponownie naukowcy - chylę czoło. Co też oni potrafią “wyczytać” z tych artefaktów.




Czas wracać - tniemy prosto domów. Ja wybrałem S6, Andrzej jedzie lokalną “na Kartuzy”. Po raz trzeci dzisiaj podziwiam naukowców za to, że wymyślili takie fajne tkaniny na motocyklowe wdzianka - wstawki z mesh’u robią robotę. Przyjemny powiew dociera w każda zakamarek kurtki i spodni. Miłe odprężenie w otaczającym, wszechobecnym upale podsuwa pomysły na kolejne kierunki wycieczek ….