niedziela, 25 sierpnia 2024

Z buta po SPN

Ostatnie chwile tegorocznego urlopu. Jak to zwykle bywa trochę się “pozakręcało” w planach i trzeba było przygotować plan awaryjny, żeby choć kilka godzin spędzić (no może trochę górnolotnie) poza cywilizacją. Nie ma co wymyślać jadę do Słowińskiego Parku Narodowego - stosunkowo blisko, pogoda sprzyja, a ja bardzo lubię te tereny. Byłem tam wielokrotnie na rowerze i zawsze miałem taki niedosyt, że za szybko, za pobieżnie …. Może zatem więc dzisiaj tak typowo tylko “z buta”. Mam w sumie jeden dzień więc plan jest taki - hop na motocykl, manetkę odkręcić i w rozsądne 2,5 godziny jestem na miejscu czyli w Smołdzińskim Lesie na ulubionym polu namiotowym “U Jadzi”. Tam rozkładam mini obozowisko, aby po powrocie umyć się, coś zjeść na ciepło i odpocząć przed powrotną drogą.Wymyśliło się ? Czas zatem działać - ruszam kilkanaście minut przed siódmą rano.

Wszelkie dylematy zaopatrzeniowo-transportowe rozwiązałem poprzedniego dnia standardowo, bo praktycznie tyle samo gratów bierze się na jeden dzień co na 5 dni wycieczki. Objuczyłem zatem moja Shadowkę nie przymierzając niczym wielbłądzicę. Zorientowani mogą zapytać dlaczego akurat Shadowkę, przecież masz pojazd bardziej predysponowany do tego typu wycieczek. Odpowiedź jest bardzo prosta - dwa dni wcześniej go umyłem umyłem i wyglansowałem niczym nówkę … proste ? Proste !


Pole namiotowe “U Jadzi” ma swój niepowtarzalny, klasyczny klimat i za każdym razem korzystam z jego uroków. Dodatkowo, lokalizacja świetnie nadaje się jako punkt startu dla wszelkich 1-dniowych wypadów  po “pętli” - startujesz i kończysz w jednym miejscu.


Biwaczek przygotowany, ja przepakowany i przebrany na wyjście terenowe ruszam i już po 500 metrach jestem na szlaku z dala od samochodów, rowerów …. nawet sygnał GSM gdzieś się ulotnił … po prostu nie ma zasięgu.




Zagłębiłem się w las i tak sobie maszerując podziwiam pierwotne piękno tego miejsca  …





Pierwszy popasik to jezioro Dołgie Wielkie. Torba biodrowa na szelkach, to jednak rewelacyjny wynalazek. Jest upalnie i wilgotno, a ja plecy mam suche pomimo, że targam ze sobą sporo zaopatrzenia, cała wagę definiuje 2,5 litra wody do picia. Mam nadzieję, że zapasu wystarczy na całą wycieczkę.


Przy jeziorze Dołgie Małe konsternacja. Ledwo usiadłem, a przyszedł do  mnie ... lis. Na początku tak nieco nieśmiało, ale już po chwili niemal na wciągnięcie ręki. Człowiek daj gryza tego co masz - widziałem tę prośbę w jego spojrzeniu. Nie uległem. Twardym trzeba być. Poza tym obawiam się, że ten wyraz oczu i przymilne zachowanie to jego stały repertuar. Wydaje mi się, że jest jednak dopiero na etapie ćwiczenia tego zachowania, bo jego postura nie świadczyła o tym, że ma liczne grono ludzkich sponsorów. I bardzo dobrze, bo to przecież dzikie zwierzę.



Kieruję się w kierunku północnym, bo chcę dojść plażą do zatopionego lasu pod Czołpinem. Morze od tysięcy lat zabiera i oddaje fragmenty lądu i tym samym pochłania las rosnący na jego skraju. Mądre księgi twierdzą, że odnajdywano fragmenty pniaków liczące pond 2 tysiące lat czyli starsze niż piramidy egipskie. Maszerując plażą w kierunku wschodnim mam do przebycia około 5 km zanim dotrę do kolejnego wejścia na szlak. Temperatura wody w Bałtyku zachęca wręcz do zdjęcia butów ... peeling stóp - niemal do krwi - zapewniony.





Nie ma co ukrywać, trasa choć w sumie nie trudna, daje mi o sobie znać. Precyzyjnie rzecz ujmując moje "szlachetne" stopy zaczynają manifestować swoje oczekiwanie na odpoczynek. Tłumaczę im grzecznie, że jak "poczekają" jeszcze tak z 8 km, to takowy nadejdzie. Oczywiście zaraz po tym jak żołądek dostanie swój zaplanowany na dzisiaj posiłek główny. Tym samym weszliśmy na grząski grunt wycieczkowych posiłków. Oczywiście bułek i jajeczek na twardo nie targałem ze sobą, bo podstawą dla mnie był stały dostęp do wody, co przekłada się na wprost na wagę takiego ekwipunku na kilkugodzinny marsz w upale. Żelazną porcją był tylko jeden baton energetyczny, który zjadłem nie tyle z głodu co z ciekawości jak smakuje. Natomiast wspomniany wcześniej posiłek główny był liofilizowany kurczak z makaronem okraszony sosem paprykowym.


Jeżeli choć w części ma tak smakować jedzenie dla astronautów, to ja rezygnuję z udziału w lotach kosmicznych. Chyba tylko kawa uratowała ten eksperyment kulinarny. Tym bardziej, że za płotem pola biwakowego jest włoska restauracja ...

Jedno jest pewne, po kilku godzinach marszu, odpoczynek w rozwieszonym przed wyjściem w trasę hamaku i z darmowym widokiem na niebo, leczy każdy rodzaj zmęczenia. Nogi moje nie mogą narzekać.


Jedno jest pewne, po kilku godzinach marszu, odpoczynek w rozwieszonym przed wyjściem w trasę hamaku i z darmowym widokiem na niebo, leczy każdy rodzaj zmęczenia. Nogi moje nie mogą narzekać.
Podsumowując - mogę tylko poprosić los o więcej takich wypadów, póki jeszcze zdrówko i siły pozwalają. Jeszcze przed nami jest cały wrzesień i połowa października, to powinno się "coś urodzić" - może nie tak wyjazdowego, ale w lasach w najbliższej okolicy ...


Z praktyki - wszytko co potrzebne na kilkugodzinny spacer, bez spoconych pleców i swobodnymi dłońmi, niosłem w torbie biodrowej z szelkami Helikon Foxtrot Mk2 5,5 l. Rewelacja.